(już za wami tęsknię.)
ostatni dzień w pracy zaczął się od znalezienia na stole na serwisie kartki od managerki Ani mającej zetkę wczoraj, kartki mówiącej o tym, że będzie za mną bardzo tęsknić i z narysowanym ogromnym serduchem. dobra, prawie się popłakałam. drugi raz prawie się popłakałam pisząc list pożegnalny i wieszając go w szatni na tablicy ogłoszeń, ale szybko ten prawie popłak zdusiliśmy tańczeniem twista do The Baseballs i śpiewaniem do butelek z sosami oraz do longerów. później trochę rapowania na temat straży pożarnej, policji i szacunku ludzi z serwisu, raperskie ruchy rękoma..
wybitnie z rana nie było ruchu. jakby na uczczenie mojego ostatniego dnia. wczorajsze 296 b-smartów dla wycieczki dzieciaczków poszło w zapomnienie, było spokojnie i pięknie.. melancholia wlewała się wszystkimi kratkami wentylacyjnymi... a dobra, jebać. poetyckość nie na miejscu ^^'
Ola ostatecznie skończyła z moim numerem telefonu napisanym markerem na brzuchu, ja z adresem Matiego żądającego pocztówek z każdego miejsca jakie odwiedzę dzięki tej zmianie w moim życiu, Monika odziedziczyła po mnie szafkę numer 7...
powinnam napisać coś jeszcze, ale nie przychodzi mi nic do głowy, jest mi pusto i tęsknię, z kim teraz będę baunsować? komu rzucę pod nogi grosza i zakrzyknę "tańcz, dziwko!"? kogo obryzgam majonezem i powiem, że nie mogłam już wytrzymać i że przedwczesny wytrysk to zmora? kto mi posoli wodę mineralną i komu doleję sosu BBQ do cheesamisu z wiśniami? z kim będę grać w piłkę na kasach? o ile grę w "kim jestem" i mianowanie kogoś jezusem chrystusem nie będzie trudne, tak już zrobienie sobie łagodnego grandera nigdy mi nie przypadnie. w dodatku Anita powiedziała, że jak wrócę z płaczem do Polski za dwa miesiące, to mnie nie przyjmie z powrotem, hyhy.
kocham was, co mam więcej powiedzieć ;c
skomentuj (1)
pierwszy dzień w pracy po urlopie potrwał dla mnie dziesięć minut. niestety.
o 12:10, gdy wyszłam posprzątać szatnię, pół minuty po moim wyjściu z restauracji i dokładnie w momencie przekręcania klucza w zamku drzwi naprzeciwko usłyszałam trzask i zobaczyłam wybiegających mokrych pracowników. woda ze zraszacza lała się jeszcze dobre 5 minut zalewając wszystko, mimo odłączenia prądu jak i wody na głównych wyłącznikach. właściwie nie wiadomo, co się stało, ale zabezpieczenia przeciwpożarowe puściły na tyle, że rozwaliło nam kawałek sufitu. nie jest dobrze.
wspomnę oczywiście o klientach, którzy nigdy nie przestaną mnie zadziwiać - widząc wodę tryskającą z sufitu i kasjerki wyskakujące z restauracji na galerię przez ladę kasową oczywiście nie omieszkali zapytać, czy jeszcze mogą kupić szybko kubełek. ja rozumiem, że te kurczaki są pyszne, ale w takiej sytuacji..?
woda wylewała się aż na korytarz. ekipa sprzątająca pomogła nam ją pozbierać jeżdżąc tam i z powrotem maszyną do mycia dużych powierzchni podłogowych w galerii, kiedy M. wyganiał ją szczotkami z podłogi wewnątrz restauracji. zleciała się ochrona, straż pożarna, nawet nasi (nie)przyjaciele z McDonald'sa przyszli zapytać czy wszystko w porządku i czy potrzebujemy pomocy.
obróciliśmy wszystko w żart, schnąc na słoneczku przy wyjściu ewakuacyjnym. kierowniczka przybyła po pół godziny i kazała dziewczynom iść do domu. nie wiem, jak dużo sprzętu jest niezdatne do użytku i jak dużo czasu upłynie, zanim będziemy mogli otworzyć sprzedaż z powrotem.
dziś też siedzę w domu, zamiast sprzedawać kubełki i krushery przez 9,5 godziny. i właściwie to nie wiem, czy się cieszyć, czy smucić :(
skomentuj (2)
środowa zmiana na kasach od 10:00 do 21:00 obfitowała w klientów typu "poproszę o sześć pikantnych piersi w kubełku palce lizać, musi być sześć piersi, bo ja nie lubię kurczaka" albo w klientki, które przynoszą kubełek Classic z nietkniętymi łagodnymi kawałkami i bulwersują się, że miał być mieszany, a wszystko jest pikantne. tego się nie da jeść!
w nocy z środy na czwartek balowaliśmy na imprezie pracowniczej w domku nad Chechłem - kto był, ten wie, a kto nie był, to niech żałuje! "pokaż cycki dam ci pizzę", tańcowanie, kolba, rzyganie i gubienie butów to tylko kilka z wielu atrakcji. boże, miej w swojej opiece osobę, która postanowiła zrobić imprezę dzień przed dniem ustawowo wolnym od pracy <3 nie dałabym rady. na pewno nie tym razem.
piątek - kasy 10:00 - 21:00 - chyba polubię tę zmianę. po dziewięciu godzinach jest mi już wszystko jedno, zaprawdę. mimo to mam siłę kłócić się z klientem, który próbuje zrobić ze mnie kompletną idiotkę.
K - klient, J - ja, S - koleżanka z kasy obok, E - managerka
wstęp: wracam z 20 minut staffa, na mojej kasie przez ten czas nikt nie stał. z miejsca spotykam się z bulwersem:
K: długo jeszcze mam czekać na te kukurydze?
J: jakie kukurydze?
K: kupiłem kubełek i 4 kukurydze, miałem czekać na nie 3 minuty, a czekam już chyba 8 i nikt mi ich nie przyniósł!
J: ale my nie donosimy niczego do stolików, jeśli musiał pan czekać to prawdopodobnie koleżanka poprosiła pana żeby pan sobie po brakujący produkt podszedł za jakiś czas.
K: ale ja ją poprosiłem żeby mi przyniosła do stolika i powiedziała że przyniesie!
J: a u kogo pan kupował?
K: w tej kasie albo tutaj (pokazuje obok), nie pamiętam.
J: na pewno nie kupował pan w mojej kasie, bo była ona przez ostatnie 20 minut nieczynna. S., masz jakieś kukurydze do wydania?
S: nie, ja mam wszystko wydane.
K: długo jeszcze mam czekać? może by mi pani dała te kukurydze?
J: proszę przynieść paragon.
K: nie mam paragonu, nie wziąłem.
J: i myśli pan, że na słowo uwierzę, że pan cokolwiek kupował i tak po prostu bez niczego cokolwiek panu wydam?
K: no chyba nie rób ze mnie debila, wiem co kupowałem!
J: u której kasjerki pan kupował?
K: nie wiem.
J: ma pan paragon?
K: nie.
J: czyż to nie urocze..?
K: proszę zawołać mi kierownika.
E: w czym mogę panu pomóc?
K: czekam już 10 minut na 4 kukurydze które miały być doniesione do stolika.
E: nie donosimy niczego do stolików.
K: ale pani mi powiedziała że przyniesie.
E: która pani?
K: nie wiem, tutaj w tej kasie albo obok.
E: proszę pokazać paragon.
K: nie mam.
E: no to przykro mi bardzo, żadna z kasjerek pana nie pamięta i nie ma pan paragonu - nie możemy wydać panu czegoś, czego pan nie kupił.
K: to niech sobie pani idzie kamery poprzeglądać, chyba wiem co kupowałem!
E: w porządku, idę sprawdzić na kamerach.
E. wychodzi do biura, K. jakby.. znika?
po jakimś czasie do S. podchodzi towarzysz tego poprzedniego (T.) - wcześniej byli we dwóch, ale ten się nie odzywał wcale. teraz to on jest gwiazdą:
T: niech mi pani da kubek na dolewkę.
S: nie mogę panu dać kubka na dolewkę, kubek kosztuje 4,99.
T: ale ja kupowałem tylko mi się zniszczył.
S: to proszę przynieść ten zniszczony to panu wymienię.
T: ale już go wyrzuciłem.
S: a ma pan paragon?
T: nie mam.
S: no to przykro mi.
T: to niech mi pani da taki mały przezroczysty kubek.
S: do tego kubka nie dolewa się napojów.
T. się obraził i poszedł. ach, kocham ludzi, którzy próbują z każdej z nas zrobić idiotkę <przewraca oczami>
i na deser:
poproszę nalewkę.
(wiśniową czy porzeczkową?)
skomentuj (1)
zapisywane na serwetce, ku uciesze potomności:
- poproszę Twittera.
(może facebooka do tego?)
- poproszę dwa kubełki b-smart.
oraz absolutny, totalny mistrz dzisiejszego dnia! Jakiś Chłopiec i Ania!
scenka: Jakiś Chłopiec podchodzi do refila z butelką plastikową po wodzie mineralnej Cisowianka i wygląda na to, że chce sobie wlać do owej butelki Pepsi. Ania wkracza do akcji!
- co ty robisz?
- chciałem sobie nalać Pepsi.
- no chyba sobie ze mnie żartujesz w tym momencie.
- ale mam paragon!
- a gdzie masz kubek?
- a to trzeba mieć kubek?
- nie, co ty, przynieś sobie garnek albo baniak pięciolitrowy i sobie dolewaj, przecież masz paragon!
próbował się stawiać, jeszcze chciał wyegzekwować żeby Ania wytarła mu butelkę, bo mu się pobrudziła XDDDDD poszedł, ale nie na długo - parę minut później wrócił z KUBKIEM Z SAMPLINGU KRUSHERA (pojemność chyba 50ml) : DDDD nie wierzę, po prostu nie wierzę. do teraz.
+ gratisowo, na koniec:
- a skrzydełka to z jakiego są mięsa?
- z wieprzowiny.
<3
- pocket ma być łagodny czy pikantny?
- tak!
dzisiejszy dzień obfitował w emocje, głównie przez kolejną rzecz do sugerowania przy sprzedaży, co daje nam już tak kosmicznie długi czas rozmowy z każdym klientem, że sama w to wątpię. gdybym ja przyszła zjeść sobie głupiego B-Smarta i zostałabym przy tym wręcz nagabywana do zakupiena: dolewki, sosu oraz krushera; albo chciałabym tylko zestaw z twistrem, a zaproponowanoby mi dodatkowy ser do twistera, sos do frytek, wymianę napoju na mojito, krushera na deser ORAZ powiększenie w postaci nóżki, trzech skrzydełek lub sałatki, to... chyba nie kupiłabym nic i uciekłabym z krzykiem. do McDonald'sa, w którym srają na średni czek i na wszelkie dodatki i z uśmiechem sprzedadzą ci jednego cheeseburgera, nie mając ci za złe, że przez ciebie przegrają dzienny konkurs na cokolwiek. przecież ja stojąc za kasą nienawidzę każdego, kto przychodzi tylko po dolewkę (do której oczywiście sugeruję kanapkę, krushera na deser lub kurwa sos, żeby sobie wziął do domu, do ziemniaków bardzo dobry (no, tego jeszcze nam nie każą sugerować, ale nie zdziwię się, jeśli niebawem to nastąpi)) albo B-Smarta. po prostu nienawidzę.
jakiś kebab: hi, can I get a thirty hot wings bucket?
Pati: jasne. chce pan do tego w powiększeniu frytki, trzy skrzydełka albo nóżkę za dwa dziewięćdziesiąt dziewięć?
(nie wierzę, patrzę zaciekawiona na zdziwioną minę obcego)
kebab: erm... sorry, I don't understand?
Pati (pokazując ręką na wywieszkę z dodatkami): kukurydzę, nóżkę, sałatkę, frytki, trzy skrzydełka?
kebab: no, thanks.
Pati: dobra, to będzie trzydzieści pięć dziewięćdziesiąt dziewięć. na miejscu czy zapakować?
popłakałam się ze śmiechu. nie pierwszy raz zresztą, na zmianie u Ani zawsze dzieje się a dzieje :-D
dodatkową atrakcją dnia dzisiejszego był kupujący u Oli brytol, anglik z krwi i kości, z tym cudownym akcentem prosto z wysp.
ja: matko, jakbym się urodziła na wyspach, to nigdy nie zamykałabym ust. cały czas bym gadała i gadała tylko po to, żeby móc słuchać samej siebie. moi klienci w śmiech. brytol prosi Olę o reklamówkę na wynos, ja do Oli: zrób coś źle, nie wydaj mu czegoś, cokolwiek, żeby się jeszcze trochę poodzywał! :-D
na dobre zakończenie dnia lawina boxów i gromkie brawa z serwisu dla dzielnej Martinki + praktycznie w tym samym momencie Oleńka oblewająca siebie i pół podłogi wodą, która nie wiadomo skąd się wzięła (nie ogarnęłam, byłam zajęta lawiną i trzymaniem się za brzuch bolący ze śmiechu).
kocham was wszystkie, dziewczęta!
Martina
skomentuj (3)